Przegląda nas teraz 78 gości i 3 użytkowników 

Home / KORN / Korn Story
A+ R A-
Email Drukuj PDF

'Wprowadzenie w "strefę mroku"' (przed KoRn'em, Ragtyme, Creep, LAPD)


Historia, którą chcemy Wam przedstawić, nie będzie spisem faktów z historii zespołu, któremu wszyscy oddaliśmy po części nasze serca, a raczej opowieścią z uwypukleniem pewnych wydarzeń istotnych dla stawania się i rozwoju zespołu. KoRn można by powiedzieć jest dzieckiem i owocem przypadku, iście bajkowego przypadku, bez którego wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. Ale nie wyprzedzajmy faktów. Każdy z członków zespołu nosił w sobie jakąś mroczną historię - cień, który powiódł go taką a nie inną drogą i złożył się na istotę tego, co nazywamy KoRn'em. Sercem zespołu, który potem miął wspiąć się na szczyty, było 3 chłopców - nastolatków z małego miasteczka Bakersfield w Kalifornii – James Christian Shaffer (ur.06.06.1970), Reginald Arvizu (ur. 02.11.1969) oraz niepełnoletni jeszcze wtedy David Silveria (ur. 21.09.1972). Od nich się zaczęło... był oczywiście jeszcze Brian Welch (ur. 19.06.1970), który w różnych okresach trwania różnych zespołów owej trójki (Ragtyme, LAPD, Creep), o mniej bądź bardziej zmiennym składzie, przyłączał się do nich na krócej lub dłużej, najczęściej w okresie tras.

Los chciał, że wszyscy chłopcy mniej lub bardziej znali się, bądź to ze szkół (Munky, Head), bądź to przez pracujących razem ojców (Fieldy, Jonathan)... w każdym razie dzięki temu spotykali się i pewnego dnia los pobłogosławił ich zbawczym pomysłem założenia zespołu i oddania się muzyce. Wszytko to dowodzi, że nawet ze zła może wyniknąć dobro... kto wie, co by się stało, gdyby James nie próbował uciec z domu na imprezę rowerkiem i nie wkręcił sobie palca w łańcuch, co zawiodło go do gry na gitarze w ramach rehabilitacji i... tak już zostało? Reggie, mając ojca muzyka, od dziecka wiedział, że podąży podobną drogą żyjąc w domu pełnym muzyki. Wybrał bass. David od małego walił w talerze.

Chłopcy oczywiście mieli marzenia, pragnęli przede wszystkim wyrwać się z Bakersfield. Ponieważ życie w Bakersfield jest jak życie w Polsce, albo stamtąd spierdzielisz, albo masz przerąbane i żadnych szans na przyszłość. W każdym razie, po wielu różnych perypetiach ze składem, zespołowi o nazwie LAPD udało się zdobyć skromny kontrakt i wyjechać do LA. Wydawało się, że los się do nich uśmiechnął, zwłaszcza po tym, jak udało się zaangażować Briana, który, jak się okazuje, już wtedy miał pewne wątpliwości co do życia w świecie gwiazd, zwłaszcza ze względu na ciągłe problemy z dziewczyną, późniejszą żoną Rebecka oraz konieczność oddania pierwszej córki do adopcji. Jednak nie na długo, gdyż wkrótce odszedł wokalista Ramon a zespół zmienił nazwę na Creep. Pojawił się problem ze znalezieniem odpowiedniego człowieka... i tu wkracza los... los, co zadecydował o powstaniu zjawiska, które dziś przekroczyło wszelkie przewidywania i oczekiwania.



'O mały włos...' (powstanie zespołu, nazwa, przezwiska)


Wysłuchajcie więc historii, jak z bajki, o tym, jak niewiele brakowało, by na światowej scenie muzycznej nie zagościł KoRn. Otóż James, zwany później Munky'm ze względu na długie place u stóp, oraz Brian, zwany Head'em ze względu na dużą głowę, udali się dnia pewnego odwiedzić rodzinne strony. Spędzili miły, aczkolwiek nudny muzycznie wieczór w małym klubie w Bakersfield. Ponieważ nie zapowiadało się nic ciekawego, już zamierzali wstać i wyjść, już otwierali drzwi, gdy zamarli w pół kroku i szybko zamknęli je z powrotem. Usłyszeli bowiem coś niesamowitego, co poruszyło ich do głębi i wiedzieli, że to jest to i że wszytko się teraz zmieni... gdyby wyszli choć minutę wcześniej... historia świata potoczyłaby się inaczej... Na scenie z zespołem Sex Art śpiewał Jonathan Davis (ur. 18.10.1971). Nie mający być może ukończonych szkół muzycznych, ale za to sporą dawkę naturalnego muzycznego talentu, unikalny głos, od małego oddany był muzyce sercem i duszą, spędzając większość czasu w sklepie muzycznym ojca i zmuszając jego kolegów, by uczyli go grać na różnych instrumentach.

Jonathan wysłuchawszy rad znajomej wróżki swojej ciotki pojechał na przesłuchanie przed swoimi przyszłymi kolegami, z którymi miał spędzić kolejnych 14 lat swojego życia. I wtedy zaczęło się szaleństwo... szaleństwo wiodące na szczyty sławy i w najmroczniejsze zakątki duszy każdego z członków zespołu. Muzyka, początkowo w sumie dość pogodna, wraz z pojawieniem się Jonathan'a stała się mroczna, pełna bólu, naznaczona samotnością, odrzuceniem przez rodzinę, prześladowaniem przez kolegów, molestowaniem seksualnym i brakiem akceptacji, historia jego dzieciństwa i młodości. Był rok 1993. O nazwie zespołu krążą różne opowiadania i legendy, lecz najpewniej prawda jest prozaiczna, nazwa była krótka i łatwa do zapamiętania, a jak mawia Fieldy, nie nazwa tworzy zespół a zespół nazwę. Również logo, które zawojowało świat, powstało w jak najbardziej prosty i zwykły sposób - Jonathan lewą ręką machnął logo napisane w dziecięcym stylu z K zamiast C i odwróconym R.



'Dobre 'złego' początki' (KoRn, Life is Peachy, Follow The Leader, Family Values 1998, Woodstock 1999)


Nie tracąc czasu chłopcy przy akompaniamencie piw i zioła nagrali swoją pierwszą płytę na ranczu poza miastem, w Huntington Beach, poza wokalami, które nagrane zostały w studiu w Bakersfield, ze względu na specyficzny nastruj tego miejsca, który pomógł JD odtworzyć te wszystkie uczucia, o któych pisał w swoich tekstach. I tak świat ujrzał nowe oblicze muzyki... oczywiście nie dostrzegłby go tak szybko, gdyby nie ciężka i uparta praca zespołu, który po nagraniu płyty niemal nieustannie przez 2 lata był w trasie i spotykał się z fanami, dzięki czemu płyta dostała się do pierwszej setki Billboardu, a w przyszłości uzyskała status podwójnej platyny. W atmosferze szybko rosnącego sukcesu po debiutanckiej płycie KoRn Self Titled z 1994 roku, powstała kolejna – Life is Peachy w 1996 r. Obie płyty nagrane zostały w podobnej konwencji, pełne mroku, bólu i walki z demonami przeszłości, 'kolegami' ze szkoły, rodziną. Można powiedzieć, że ustalił się tu pewien wzór pracy – płyta mniej więcej co dwa lata, wypełnione ostrym koncertowaniem pomiędzy jednym a drugim wydawnictwem. Ustalił się też wzór dawania najbardziej emocjonalnych piosenek na koniec płyty – Daddy na 1, Kill You na 2. Powstał 1 dokument o wczesnych latach zespołu na VHS – Who Then Now. Oczywiście wraz ze wzrostem sławy narastała presja, która wisiała nad każdym z członków zespołu, presja, na którą nie byli gotowi i z którą nie umieli sobie radzić. Porwał ich nurt życia typowej gwiazdy rock'a – panienki, narkotyki, zioło, alkohol, imprezy każdego wieczoru... a złych wzorców w świecie show biznesu nie brakowało...

Szczyt przypadł chyba na okres nagrywania Follow The Leader (1998), zaczynającego się od utworu numer 13, gdyż KoRn nie chciał kończyć na tej pechowej liczbie, gdzie miliony dolarów zostały wydane na używki i imprezy. Upadek osobisty mieszał się z grupowym i komercyjnym sukcesem, sława zaczynała być brzemieniem – o tym też mówi większość piosenek na FTL. KoRn stał się kimś, z kim należało się liczyć. Miliony fanów kupiło 3 płytę przynosząc jej z czasem 5-krotną platynę. Muzyka, jakiej dotąd nie słyszano, inna na każdej płycie i będąca jednocześnie kontynuacją samej siebie, mroczne teksty o koszmarach dzieciństwa i problemach osobistych, jakie rodziła nowa sytuacja zespołu, otwartość i innowacyjność KoRn'a w kontaktach z fanami (internet – możliwość obserwowania zespołu on-line przy pracy, korn kampain – promocja płyty na wzór kampanii prezydenckich w USA, korn tv – cotygodniowe spotkania z zespołem i jego gośćmi, on-line ), niesamowite koncerty, pełne emocji i oddania, zaspakajające ukryte potrzeby oczyszczenia się z własnych negatywnych przeżyć, wszystko to przyciągało rzesze dzieciaków, a nawet i dorosłych, którzy mogli identyfikować się z uczuciami o których słyszeli w piosenkach, którzy raz posłuchawszy KoRn'a oddawali mu się na stałe i z nim dorastali.

Do najważniejszych wydarzeń tego okresu należy zaliczyć trasę-festiwal Family Values Tour (1998/99), nazwaną z przekorą i ironią w związku z politycznymi kampaniami na rzecz tradycyjnych, amerykańskich wartości rodzinnych, z udziałem znajomych zespołów oraz koncert na Woodstock 1999, jeden z największych w historii zespołu. Szczyty sławy okazały się jednak początkiem końca, co wyszło na jaw dopiero 7 lat później. Każdy staczał się po równi pochyłej w dół pogrążając w nałogach: narkotyki, alkohol, różnego rodzaju leki uspakajające i nasenne. Ucieczka przed presją sławy, obawami i lękami jakie wywoływała, będąca nie najlepszym sposobem, który później stać się miał początkiem końca. Brian był najbardziej uzależniony ze wszystkich, już wtedy wiedział, że KoRn to nie to, miał problemy z żoną, z która walczył nieustannie... każdy jednak pogrążony był pod nawałem własnych problemów, nikt więc nie widział, co tak naprawdę dzieje się z pozostałymi.



'W otchłani mroku' (Issues, Untouchables, Królowa Potępionych, Rock and Roll Gangster, Deuce, Hammerstain 2002)


Był to też jednak nowy początek przynajmniej dla niektórych. Jonathan, po tym jak 3-letni synek Nathan zobaczył go totalnie pijanego, postanowił skończyć ze wszystkimi używkami. Raz i na zawsze, od razu i natychmiast. Oczywiście, taki sposób rzucania nałogów nie pozostaje bez wpływu na organizm i umysł... wszystko ma swoją cenę. Jonathan zapłacił więc depresją, atakami paniki, głosami w głowie, otarciem się o szaleństwo... nie będę się jednak rozwodzić – posłuchajcie Issues i Untouchables, obie płyty poruszają owe problemy z różnych jednak perspektyw czasowych (Issues na gorąco, Unto z perspektywy czasu) i odczuć. Złotym lekiem, niestety równie radośnie uzależniającym, jak każda używka, okazał się Prozac. Od tego czasu jednak pozostaje abstynentem już od 11 lat, ma żonę i 3 dzieci (Nathan'a z pierwszego nieudanego, paromiesięcznego zaledwie małżeństwa z wieloletnią dziewczyną Renee, oraz Pirate'a i Zeppelin'a z obecną żoną Deven, byłą gwiazdą filmów porno - girl to girl action only), za którymi szaleje.

Issues z 1999 r. okazało się wielkim sukcesem, który utrzymał KoRn'a na szczytach. Wtedy to był znany koncert Apollo, gdzie KoRn grał piosenka po piosence wszystkie utwory z albumu. Wtedy też w kornowym świecie pojawił się utalentowany kompozytor Richard Gibbs, stając się odtąd trwałym elementem krajobrazu, wkraczającym do akcji zawsze, gdy trzeba było rozwinąć muzyczne horyzonty w jakimś ekstra projekcie. Wtedy to też KoRn pierwszy raz zawitał do Polski - w czerwcu 2000 r. - dając niezapomniany koncert. Później przyszło nam czekać aż 5 lat by ponownie zobaczyć zespół. Niestety, na nasze nieszczęście, właśnie wtedy David uszkodził sobie nadgarstek podczas trasy i zespół prawie ją odwołał. Ostatecznie panowie zdecydowali się kontynuować koncertowanie z Mike'm Bordinem, perkusista Faith No More w zastępstwie, podczas gdy David poddawał się rehabilitacji, by powrócić w pełni sił i mocy na nowa płytę. Nigdy więc, jak na złość, nie mieliśmy przyjemności gościć KoRn'a w oryginalnym składzie i niestety szanse na to wielkie wydarzenie zmalały teraz do zera, czego nikt jednak wtedy jeszcze się nie spodziewał ani nie podejrzewał nawet w najśmielszych oczekiwaniach.

Issues oznacza problemy... wydawało się, że KoRn wywołał wilka z lasu... po tym jak David, perkusista zespołu, uszkodził sobie nadgarstek, zespół zmuszony był zrezygnować z koncertowania przez cały 2001 r. Chłopcy zajęli się projektami solowymi. Basista Fieldy swoim Rock and Roll Gangster i płytą Fieldy's Dreams, które niestety nie odbiło się większym echem, aczkolwiek pozostaje ekspresją ulubionego stylu muzycznego Reggie'go – hip hopu. Jonathan zapukał do Richard'a i razem podjęli się skomponowania muzyki do filmu Królowa Potępionych, zarówno instrumentalnej (score), jak i piosenek (soundtrack). Muzyka, jak się okazało, była jedynym pozytywnym elementem filmu... Nagrano 10 kawałków, 8 pełnych (Forsaken, No Meant For Me, System, Slept So Long, Redeemer, Careless, Blood Red, Killing Again) i 2 dema (New World, Sequence M), z czego tylko 5 zostało zaakceptowanych przez producentów filmu. Niestety Jonathan nie mógł wydać swoich wokali na oficjalnym soundtracku ze względu na kontrakt z Sony, które nie zgodziło się na współpracę z Warner Bros (od QOTD). Tak więc oryginalne wokale znajdują się tylko na filmie, na album zaangażowano innych muzyków: Marylin Manson (Redeemer), David Draiman (Forsaken), Wayne Static (No Meant For Me), Jay Gordon (Slept So Long), Chester Benington (System). Ulubiony utwór twórców – Careless, aż do 2007 r., kiedy to wydano go na iTunes, pozostawał oficjalnie nie znany. Muzyka instrumentalna do tego filmu była pierwszą tego rodzaju próbą Jonathan'a pracy z orkiestrą symfoniczną, pisania muzyki czysto instrumentalnej, na wiele różnych instrumentów, mającej obrazować to, co dzieje się w filmie, niczym malarz tworzący i przekazujący swoją wizję na obrazie. Richard Gibbs do dziś uważa go za jednego ze swoich najzdolniejszych uczniów.

Muzyka z Królowej Potępionych stała się swego rodzaju pomostem do nowego, bardziej melodyjnego oblicza KoRn'a, którego owocem stało się, nagrywane najdłużej i najdroższe jak dotąd z wszystkich płyt, Untouchables z 2002 r. Płyta bardzo melodyjna, mroczna i atmosferyczna, przepełniona uczuciem osamotnienia, ostania z w miarę dobrze sprzedających się wydawnictw... zapowiadając już jednak niezbyt pomyślne czasy, które miały nadejść. Płyta piękna i niedoceniona, lub raczej doceniona zbyt późno, ze względu na swą muzyczną odmienność od wcześniejszych dzieł chłopaków. Oczywiście nie pomógł jej fakt, że 4 miesiące wcześniej płyta wyciekła nielegalnie do internetu i każdy kto chciał mógł mieć ja za darmo, co niestety bardzo wpłynęło na sprzedaż. Munky i Head próbowali wzorem Jonathan'a przestać pić... niestety nie trwało to długo... i szybko powrócili do swoich zwyczajów. Trudno stwierdzić, kto najbardziej wtedy imprezował, ale najprawdopodobniej był to Fieldy, co powodowało nieustanne problemy i kłótnie w załodze KoRn'a. Wiadomo natomiast, że wydano na tę płytę 4 mln dolarów, z czego wiele poszło na rzeczy nie całkiem z muzyka związane - wynajęcie 5 osobnych domów, oficjalnie dla zapewnienia wszystkim odpowiednich warunków do 'koncentracji na pracy twórczej' oraz imprezowy styl życia większości członków zespołu (nieoficjalnie). Pojawiły się również 2 nowe wydawnictwa DVD – Deuce, opowiadający historię zespołu do czasów Issues oraz Hamerstain 2002 – koncert inauguracyjny Untouchables, transmitowany na żywo do kin w całej Ameryce, który został uwieczniony na DVD w wersji tak koncertowej z elementami wizualizacji, jak i muzyki z samymi tylko wizualizacjami w tle.



'Powrót do przeszłości' (Take A Look In The Mirror, Greatest Hits vol.1)

Nadchodzi 2003 r. - KoRn wydaje się zagubił się nieco po tym fakcie i próbując się na nowo zdefiniować, chciał powrócić do korzeni wraz z Take Look In The Mirror. Mniej bądź bardziej udany, jak różni fani uważają powrót, nie zwiększył sprzedaży, można powiedzieć że zaczął się stały spadek... oczywiście jest to również powszechna tendencja na rynku muzycznym... jednak... był to spadek. Nic jednak nie zapowiadało katastrofy, która miała wydarzyć się za 2 lata...w każdym razie nic, co byśmy widzieli.

Head pogrążał się w nałogach uparcie odmawiając kolegom, którzy starali się mu pomóc i przegrywając raz po raz w walce z uzależnieniem od methamfetaminy na rozlicznych terapiach odwykowych. Wiedział, że musi odejść, musi to rzucić, musi być dla córki bo jest samotnym ojcem... stało się to tylko kwestią czasu... tym bardziej, że nie akceptował nowego kierunku muzycznego, w którym KoRn próbował się odnaleźć, podpisawszy wielki kontrakt z EMI/Virgin (po tym jak płyta Greatest Hits uwolnili się wreszcie z kontraktu z Sony). Transakcja została sfinalizowana w 2005 r., opiewała na 25 milionów dolarów, 2 płyty oraz współudział we wszystkich dochodach (zespół dostał pieniądze z góry, które muszą się zwrócić wytwórni do 2010 r., niską sprzedaż płyt trzeba więc nadrabiać koncertami). EMI znalazło KoRn'owi producentów, którzy nie tylko produkowali, ale także chętnie pomagali w procesie twórczym... KoRn szukał siebie po tragedii, która spotkała ich u progu owego procesu twórczego...



"You are my brothers, each one I would die for..." (odejście Head'a i wszystko, co się z tym wiąże)
Pewnego zimowego dnia lutego, tuż po Walentynkach, Head wysłał swoim przyjaciołom... walentynkowe listy, w których powiadamiał ich o tym, iż odnalazł Boga i postanowił odejść, by poświęcić talent i życie Panu i córce. . (Odzierając rzecz z baśniowej otoczki pięknej opowieści, wszystko dokonało się już wcześniej - pod koniec 2004 r., kiedy to Head zagrał ostatni koncert z zespołem i znalazł się w najmroczniejszym miejscu swego życia, co w końcu i na szczęście doprowadziło go do najlepszego w jego życiu wydarzenia - cudownej przemiany, która literalnie uratowała go przed śmiercią, czy to samobójczą, czy to z powodu nadużywania narkotyków i alkoholu). Panowie nie mogli w to uwierzyć, próbowali zatrzymać go za wszelką cenę... wiedząc, że może to być początek końca... Byli pewni, że wszystko rozejdzie się po kościach, wszak już wcześniej bredził o takich pomysłach... które zawsze udało im się wybić mu z głowy, ale że sytuacja wyglądała tym razem na krytyczną, zaproponowali mu nawet, by tylko nagrywał z nimi w studio, a na trasy wynajmowaliby kogoś, aby mógł być z córką. Head rozważał tą propozycję, brzmiała kusząco... szatan Jonathan wiedział, gdzie uderzyć... ale Bóg powiedział mu w czasie modlitwy, by odszedł od KoRn'a zostawiając za sobą wszytko co się z nim wiąże. Nawet należne mu pieniądze. Tak też zrobił, gdyż w Bogu ujrzał światło, które wyzwoliło go od nałogów, depresji, demonów, które dało mu wolność, okazało się ostania deską ratunku, której uchwycił się jak tonący brzytwy... I udało mu się... wreszcie... po tylu próbach odejścia od zespołu i zmienienia swojego życia, wreszcie udało mu się powiedzieć ‘nie, nie zostanę, cokolwiek byście nie proponowali, to już koniec. Teraz jestem wolny’... Head więc, jak każdy nowo nawrócony i jak każdy uzdrowiony nałogowiec, potrzebujący zastępczego nałogu, oddał się wierze całkowicie, chrzcząc się w Jordanie i płacąc miliony dolarów na wspólnoty religijne i założony przez siebie sierociniec w Indiach z adoptowanymi przez siebie dziećmi. Wiara jednakowoż nie przeszkodziła mu wdać się w walkę z kolegami z zespołu, których oskarżał o sprowadzanie dzieciaków na złą drogę poprzez iście szatańskie teksty, pełne wulgaryzmów i nie ukazujące nadziei, jak również o zatrudnienie osób, które pisały z nimi płytę. Prasa rozdmuchała to tak, że wyglądało gorzej niż brzmiało. Wybuchła wojna między Jonathan'em a Brian'em, wojna na górze. I wojna na dole, między fanami, którzy podzielili się po odejściu gitarzysty. Najczęściej padały słowa ‘szatan, zło, zanieczyszczanie świata, pranie mózgu, szaleniec, maniak religijny’. Czasami walka przycichała, by znów wybuchnąć na nowo, co trwało w sumie przez cały 2005 r., gdyż prasa odgrzewała dramat komentarzami i pytaniami w wywiadach.

Potem, w 2006-2007 r., wszytko zaczęło przycichać, budząca przerażenie plotkami, które o niej krążyły, książka Briana – Save Me From My Self – która stała się wielkim bestsellerem, okazała się nie taka straszna jak ją malowano, co sam Jonathan musiał wyznać przyznając się do błędnej i pochopnej oceny. Wszytko zaczęło wracać do normy... Brian najpierw pogodził się z David'em, który od razu się z nim skontaktował i życzył mu jak najlepiej. Potem z Fieldy'm, na pogrzebie jego ojca, gdzie, jak się okazało, Fieldy zmienił się całkowicie, schudł, zaczął się zdrowo odżywiać, rzucił nałogi, nawrócił się i stał się podobnie jak Head praktykującym chrześcijaninem, postanowił tez poślubić swoją długoletnią przyjaciółkę i matkę jego dziecka (synka Israela, poza nim Fieldy ma jeszcze 2 córki z poprzedniego związku, Serine i Olivie) - Deene. Nie zbliżyło to ich jednak do siebie tak, jak można by było przewidywać, jako że Fieldy miał nieco mniej radykalne poglądy i nadal pozostawał w KoRn'ie. O dziwo udało mu się w końcu dogadać nawet z Jonathan'em, podczas gdy nie rozmawiał jeszcze ze swoim najlepszym przyjacielem – Munky'm. Obaj panowie przeprosili się tak w rozmowach między sobą jak i w prasie... wszytko zdawało się iść ku dobremu... Jednak ci, co liczą po cichu i w skrytości swoich kornowych serc na powrót Głowy, mogą o tym zapomnieć i uniknąć bolesnych rozczarowań, to nie zdarzy się, nie wkrótce, nie w najbliższym czasie, Head ma się dobrze, odnosi sukcesy, ma własny zespół, koncertuje i powtarza mantrę, że choć nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, to na razie nie myśli o powrocie, czy chociażby bliższym kontakcie z dawnymi kolegami, wspomnienia są jeszcze zbyt świeże, zbyt bolesne, a ledwo co zagojone rany łatwo mogą otworzyć się na nowo, ponownie zaczynając krwawić obficie. Ale powróćmy do tego, że dla KoRn'a sprawy wydawały się zmierzać ku dobremu...

'Zagubieni' (See You On The Other Side,The Matrix, MTV Unplugged, odejście David'a, supporting band)
Jednak nie było tak różowo, płyta See You On The Other Side, nagrana przy współudziale The Matrix oraz Atticusa i Leo Ross'ów (zawodowi producenci i twórcy piosenek) wydaje się, iż okazała się rozczarowaniem dla fanów. Swoją stosunkowo dobrą sprzedaż zawdzięcza usilnej promocji ze strony wytwórni i zespołu... nie były to złe piosenki... ale... ale w powszechnym odczuciu czegoś im zabrakło, czegoś pierwotnie mocnego, emocjonalnie wciągającego, ujmującego głębią i wciągającego w toń mrocznej otchłani, a czegoś znowu było za dużo... pławienia się w elektronice i industrialowej otoczki... KoRn zagubił się i poszukiwał nowej drogi przez 2005 r... grzęznąc w rozlicznych dodatkowych wydawnictwach, które znaczna część fanów traktowała tylko jako wyciąganie kasy (Live&Rare, Chopped, Screwed, Live & Unplugged, Live On The Other Side DVD). Wtedy też zespół wzbogacił się o dodatkowych muzyków – keyboardzistę Zac'a Baird'a, wokalistę Kalen'a Chase'a, perkusistę Michael'a Jochuna oraz zastępczego gitarzystę, jednak to stanowisko okazało się nader zmiennym, obecnie zajmuje je Shane Gibson (Wcześniej Rob Patterson i Clint Lowery). Pozytywnym wydarzeniem tego roku był wyczekiwany od 5 lat koncert KoRn'a w Polsce w sierpniu ponownie w katowickim Spodku.

W 2006 r. KoRn nadal szukał. Po 8 latach nieobecności odrodziło się Family Values Tour – wielki kornowy festyn, który zadebiutował w 1998 r. pod przewodnictwem KoRn'a, lecz zamarł, a sami jego twórcy zrezygnowali z przewodniczenia mu na kolejne 8 lat. W 2006 r. powrócił i stał się sukcesem. W tym okresie zespół zaangażował się też w akustyczne brzmienia, grając najpierw dla AOL, a potem wspomagając MTV w przywróceniu dawnej świetności jej programowi MTV Unplugged, po raz kolejny nieoceniony okazał się tu Richard Gibbs, który wydatnie przyczynił się do sukcesu tego koncertu i wydawnictwa na płycie CD. Fani KoRn mogli ujrzeć znane od dawna utwory w nowym świetle, grane z udziałem licznych dodatkowych muzyków na instrumentach klasycznych i mniej klasycznych (pianino, wiolonczele, kontrabasy, puzony, szklana harmonijka, piła, japońskie bębny taiko). Wszystko znów zapowiadało się dobrze, wszyscy co prawda zauważyli brak David'a... ale nikt nie przewidywał tragedii... może był chory, może nie odpowiadał mu ten rodzaj występu... może, może, może...

Grudzień 2006 i styczeń 2007 r. były dla fanów smutnymi miesiącami... KoRn ogłosił, że David bierze przerwę... zespół ponownie utracił kolejnego członka tuż przed nagrywaniem płyty, co nie wróżyło dobrze na przyszłość... odtąd zmienność na stanowisku perkusisty dorównywała zmianom na stanowisku gitarzysty, płytę tworzyli Brooks Wackerman i światowej sławy perkusyjny wirtuoz Terry Bozzio, jednak na trasie najdłużej zagrzał miejsce Joey Jordison, zapewne zostałby na dłużej, gdyby nie musiał wracać do Slipknot'a. Były zapewnienia, że to tylko przerwa, że David wróci, gdy odpocznie jakiś czas z rodziną i zajmie się swoimi restauracjami Tuna Town i Steak House... nikt jednak chyba, po roku czasu, nie wierzy w te złudzenia...

 



'KoRn's here to stay' (Untitled, Alone I Play, JDSFA, Still Well, Got The Life, Fear And The Nervous System)

Panowie z KoRn'a, cała trójka, postanowiła nie nadawać tytułu nowemu wydawnictwu z połowy 2007 r., lecz pozwolić fanom nazywać płytę jak chcą... przyjęło się jednak mówić Untitled... trudno bowiem promować coś, co tytułu nie posiada. Fakt ten, kiepska promocja, a wręcz jej brak, spowodowały bardzo słabą sprzedaż tej w gruncie rzeczy znacznie lepszej niż poprzednia płyty. Zapewne nie pomógł też fakt, że fani zdawali się stracić zaufanie do swojego zespołu po poprzedniej, źle przyjętej płycie, nie wierzyć obietnicom, najpierw sprawdzić (ściągnąć) potem kupić... ewentualnie (zbyt duża pokusa, aby nie, skoro już jest ściągnięte...). Tym razem stworzona tylko przy współpracy Ross'a (Matrix zostali elegancko zwolnieni, gdyż nagrane z nimi utwory nie pasowały do całości), była znacznie bardziej uporządkowana tworząc jedną całość. Munky, na którego spadła odpowiedzialność za wszystkie gitary, wreszcie uwierzył, że może i potrafi, czując się swobodniej stworzył niesamowitą muzykę. Dużą rolę odegrały tez klawisze i wiele innych dodatkowych instrumentów. Płyta była znacznie dojrzalsza, ponownie ociekając industrialem, lecz sprawiając wrażenie, że KoRn wreszcie się odnalazł i wybrał drogę którą chce podążać. Wydawało się, że znów widać ten znamienny dla zespołu cień, mrok czający się na granicy poznania, nieprzeniknioną głębię przekazu. Piosenki były w większości filozoficznymi rozważaniami o życiu, śmierci i sensie istnienia.

Jonathan, pechowiec jakich mało, zachorował bowiem w 2006 r. podczas trasy europejskiej, na poważną chorobę krwi – ITP – w wyniku alergicznej reakcji na antybiotyki brane po zabiegu usunięcia cysty. Choroba mogła skończyć się wylewem w czasie występu na scenie, gdyż powoduje ona brak krzepliwości krwi, wskutek braku płytek atakowanych przez białe krwinki własnego organizmu... to bardzo rzadka choroba... ludzie raczej rzadko na nią zapadają i nie wiadomo, co ją powoduje... tak właśnie... na nią to Jonathan zachorował i KoRn zmuszony było odwołać ponad połowę europejskiej trasy, Jonathan zaś musiał leczyć się sterydami. Na szczęście był to jednorazowy przypadek, który jednak skłonił wokalistę do pewnych przewartościowań i postawienia rodziny na pierwszym miejscu... chociaż trudno w to uwierzyć widząc jak ciągle pracuje... KoRn, wydawszy płytę, wyruszył na trasę po Europie i Stanach, by wreszcie w listopadzie udać się na zasłużony, ponad 2-miesięczny wypoczynek przed Światową Trasą. Był to też kolejny koncert w Polsce, tym razem tylko po 2 latach, w lipcu 2007 r., tak jak poprzednio w Spodku w Katowicach. Pozytywna tendencja utrzymała się i kolejny koncert zapowiedziano już na luty 2008 r., tym razem zaledwie po pół roku i w Warszawie.

Ostatnie lata to także pewne niepokojące trochę dla niektórych zjawiska w postaci solowych projektów panów z KoRn'a – Munky skupia się na swojej wytwórni muzycznej - Emotional Syphon Recordings - mającej pomagać młodym i utalentowanym muzykom, takim jak Droid i Monster In The Machine, które obecnie promuje, w tym też celu planuje wydanie solowej płyty - Fear Of The Nyrvous System ( z muzykami takimi jak on sam - gitary i wokale, Billy Gould, bass; Wes Borland, gitary; Brooks Wackerman (perkusja; Leopold Ross, programming i gitary; Zach Baird kalwisze i programming, oraz z Shaffer'em, Ross'em i Jim'em Monti jako producentami), z której zyski chce przeznaczyć na wytwórnię. Ma też linię odzieżową Meeschka. Fieldy szykuje się do wydania 2. części Fieldy's Dreams – Fieldy's Nightmares, tymczasem obecnie skupia się na projekcie urban hip hop z Q Unique – Capital Q. David ma restauracje Steak House i Tuna Town. Brian spełnia się poza KoRn'em nagrywając solową płytę i zajmując córką, nie śpieszy się, ma czas, nie ciąży na nim wreszcie żadna presja. Jonathan wyruszył na solową trasę, którą planował już od kilku lat, lecz nigdy nie miał czasu jej zrealizować, ze względu na zajęcia w KoRn'ie. Teraz wykorzystał 2-miesięczną przerwę zespołu i ponieważ 2 miesiące wolnego to dla niego o 2 za dużo, pojechał na trasę. Trasę jakże różną od tego, co na ogół dzieje się w KoRn'ie.

Wspaniali muzycy (Shenkar – skrzypce, Miles Mosey – kontrabas, Zac – klawisze, Jochum - perkusja, Shane Gibson – gitara), niesamowita atmosfera, prosty wystrój sceny, garnitury i Jonathan szalejący na tronie. Tak pokrótce można opisać niesamowite koncerty. Miało być akustycznie, wyszło... coś innego, mieszanego, niezwykłego i jedynego w swoim rodzaju, w powszechnej opinii znacznie lepszego niż Unplugged. Fani po raz pierwszy mieli okazję usłyszeć piosenki z Królowej Potępionych, jak również rzadko bądź nigdy nie grane kawałki KoRn'a w nowych aranżacjach oraz parę coverów. Powstało nagranie DVD i CD z koncertu zagranego tuż przed trasą dla rodziny i przyjaciół. Początkowo dostępne tylko na trasie Alone I Play, później udostępnione zostało przez Richard'a na specjalnie utworzonej w tym celu stronie Invisible Arts. Jonathan nie spodziewał się tak wielkiego sukcesu trasy, która w gruncie rzeczy nie była nawet promowana, a której celem było tylko sprawienie fanom przyjemności. Postanowił więc przenieść ją i za ocean, więc jak dobrze pójdzie, rok 2008 może zapowiadać się bardzo ciekawie.....

Wraz z nadejściem nowego roku rozpoczęła się długo oczekiwana europejska trasa. Wszystko wyglądało wspaniale, jednak tradycji, że początek roku oznacza kłopoty, stało się zadość... pech uderzył ponownie. Munky, nagle i niespodziewanie, opuścił trasę 16 stycznia, zostawiając rzesze fanów w niemiłym poczuciu niepokoju i oczekiwaniu najgorszego, wszak któż zapomniał że ostatnio, co rok, KoRn na początku roku tracił kolejnego członka... Krążyły najróżniejsze plotki i możliwe scenariusze wydarzeń... Jonathan i Fieldy zapewniali, że to kłopoty osobiste i rodzinne zmusiły ich przyjaciela do powrotu do domu, pod presją przyznali, że chodzi o chorego ojca... zapowiadali powrót Munky'a, aczkolwiek ich zeznania różniły się nieco, Fieldy mówił o czerwcu, Jonathan o 2-3 tygodniach. Jak się okazało, tym razem udało mu się całkiem trafnie przepowiedzieć... Munky powrócił na trasę 23 lutego. Wszyscy odetchnęli z ulgą... fani, którzy nie mieli okazji go zobaczyć, z radości zapomnieli pozazdrościć tym, których takie szczęście spotkało. W czasie jego nieobecności zespół odgrzebał ponownie Rob'a Patterson'a, który zastępował Shane'a zastępującego Munky'ego... Rob ponownie roił sobie płonne i złudne nadzieje, że może tym razem uda mu się wkręcić do KoRn'a... jednak panowie są odporni na jego podchody... Wszystko więc wróciło na właściwe tory, a trasa, choć w dużej części tylko z 2 oryginalnymi członkami zespołu, okazała się sukcesem.

World tour zakończyło się w kwietniu... i co dalej? KoRn bierze przerwę, ale panowie nie próżnują. Munky ma pełne ręce roboty przy swojej wytwórni i już zapowiedział wydanie solowego albumu Fear And The Nervous System, na którym będzie śpiewał, tak właśnie, śpiewał, ma on się ukazać już w sierpniu i być powrotem do czasów, gdy muzyka nie znała strachu przed niczym. Fieldy zapowiedział wreszcie ukazanie się długo oczekiwanej książki Got The Life opowiadającej o przemianie w jego życiu, nawróceniu, odejściu od nałogów, ma się to wydarzyć w październiku, można ją jednak już zamawiać na Amazon. Wkrótce też światło dzienne ujrzy jego solowy, basowy, funkowy album, na którym Fieldy pochwali się wreszcie, miejmy nadzieje, swoim 15-strunowym basem, oraz projekt Still Well (wcześniej Capital Q), nad którym pracuje z raperem Q-Unique, ma być on połączeniem metalu i hip hopu, tzw. urban street metal. Jonathan zaś wypełnia całkiem zbędne według niego przerwy w pracach z zespołem solowymi trasami, spełniając obietnicę i przybywając z Alone I Play Tour do Europy (nazwa trasy pochodzi od piosenki Alone I Break z ulubionego albumu JD, Untouchables, pierwszej piosenki, do której użyto akustycznej gitary), nagrywaniem mrocznej i dziwacznej solowej płyty z The SFA (zespołem, z którym koncertuje solo), bułgarskimi chórami żeńskimi i orkiestrami z Indii, Egiptu i Bliskiego Wschodu, a także pracami nad zapowiadaną operą i książką z ulubionymi strasznymi opowiadaniami. Wkrótce potem KoRn ma wrócić do studia...

JD przy pracy można było oglądać codziennie na kamerkach w studiu KoRn'a i jego domu... tak tak... JD nie potrafi rozstać się ze swoimi fanami nawet podczas „przerwy”, co w sumie było nam chyba bardzo potrzebne, gdyż dzięki temu mieliśmy poczucie, że KoRn nadal jest blisko nas, nie zniknął całkiem, wciąż coś o nim słychać. Była to swego rodzaju nadzieja, że KoRn nadal istnieje, Jonathan nie pozwolił nam o tym zapomnieć i chwała mu za to, a także za rozrywkę którą nam czasem zapewniał, rozmawiając z nami na kamerkach, udając duchy po nocy, robiąc przedstawienia ze swoich zabawek... nie żartuję... mogliśmy obejrzeć co najmniej 2 pet show'y. Najpierw pojawił się BIFF – wypchana wiewiórka, JD zostawił nas z nią pewnego pięknego razu na całą dobę więc jako szaleni fani KoRn'a, godni tego miana, nadaliśmy jej imię zaskakując i rozbawiając JD... I tak to się właśnie zaczęło... do Biffa dołączyli przyjaciele – Abe z Odd World, ludzik lego, Cherry Poppins (nazwa fanów) aka Naomi aka Imoan (nazwa JD), Zig aka Joey, BBK (demon...chyba), Xanatos (chimera w studiu KoRn'a) oraz postaci z Clown Dolls. Wszystko było jak w rodzinie dopóki JD z Zac'em Miles'em i resztą solowego zespołu nie zagrali ostrzejszej nuty... wtedy to Abe (poruszony wibracjami muzycznymi) podstępnie zrzucił Cherry z głośnika zabijając ją na miejscu – straciła stopę i rękę... Ale wróćmy do rzeczywistości, JD nagrywał większość wersji demo w domu, teraz czekają one na nagranie w studiu... niektóre z nich poznaliśmy, bo choć na ogół dźwięk był wyłączony, JD czasem go włączał by puścić nam jakąś piosenkę, która szczególnie mu się podobała. Oczywiście czasem też zostawiał nas na dzień lub dłużej z powtarzającą się jedną piosenką i widokiem na Biffa i jego przyjaciół, do faworytów należały Lucy in the sky with diamonds, Satan is real oraz My dick, your dick... poczucia humoru Jonathan'owi odmówić nie można. Jednak miło wspominamy te czasy, gromadziły i trzymały one fanów razem w okresie kornowej posuchy, te dni były jak oazy na pustyni, które pozwalały przetrwać ciężkie dni podróży bez ukochanego zespołu ku końcowi przerwy i światełku w tunelu w postaci trasy i nowego albumu.

O projektach Fieldy'iego słyszeliśmy wieści tylko od czasu do czasu. Wiemy jednak, że prace są zawansowane i że najpierw ukaże się owoc współpracy z Q, jako Still Well - "Surrounded by Liars", a potem instrumentalne, basowe dziecię - "Bassicaly". Natomiast po projekcie Munky'a wieść wszelka zaginęła, jak to się mówi po angielsku MIA (missing in acction). Podobno zostały do nagrania wokale, a gitarzysta KoRn'a odkłada rzecz jak może najdłużej... czyżby obawiał się, jak wypadnie? Za to basista wydał wreszcie swoją książkę, można ja już kupić, przeczytać a nawet zdobyć autograf Fieldy'iego podczas trasy koncertowej, w USA miał on nawet małe tournee promujące Got The Life, z której to książki jest on bardzo dumy. W przeciwieństwie do książki Head'a, Fieldy nie osądza i nie ocenia kolegów, pisze zwykłym językiem prawdę o sobie i swoich błędach. Nie jest fanatykiem, nie należy ani nie uczęszcza do kościoła, wiarę uważa za osobistą sprawę i osobisty kontakt z Bogiem przez modlitwę i Biblię. Ale każdy kto spotka Fieldy'ego widzi różnicę – jest bardziej kontaktowy, milszy i wydaje się być naprawdę szczęśliwy ze swojego życia. Good for him.



'I co z tym KoRn'em?' (przerwa, 9 album, nowy perkusista, Ross Robinson)

Jako że strach ma zawsze wielkie oczy, słowo PRZERWA w kornowym świecie brzmiało niepokojąco... na szczęście mniejsze i większe obawy okazały się płonne i po miłych wakacjach spędzonych na piętrze domu JD, KoRn powrócił szybciej niż można się było spodziewać, powrócił z trasą Escape From The Studio Tour 2009... a przerwa między albumami nie będzie raczej dłuższa niż ta między Issues a Untouchables. A jest chyba na co czekać – Ross Robinson, powrót surowego brzmienia i grania muzyki dla muzyki (zgodnie z pamiętnym z Wake Up cytatem: 'remember what we play for'), brak edycji brzmienia, upiększeń i dodatków, surowe emocje, brak edycji wokali... Brzmi zachęcająco, czyż nie? Daje nadzieje na powrót do przeszłości, którego pragnie i oczekuje z wytęsknieniem wielu fanów... co prawda tylko naiwni jeszcze wierzą, że Head i David powrócą... na co raczej nie ma szans – te relacje umarły już dawno... ale myślę, że czas dać KoRn'owi szansę i kredyt zaufania – tym razem to tylko Munk, Fieldy i Ray piszą muzykę z Ross'em, JD sam się wycofał uznając, że miał zbyt duży wpływ na ostanie albumy, co chyba jest wystarczająco silnym przejawem samoświadomości i samokrytycyzmu z jego strony, a także gestem względem fanów oczekujących wgniatającego w ziemię swą nieprzejednaną mocą ciężaru. Co do Ray'a zaś właśnie, myślę, że możemy go już spokojnie nazywać perkusistą KoRn'a - takim na stałe i oficjalnym, nie rozpaczajmy, kiedyś bowiem musiało to się zdarzyć... Zespół może istnieć z 1 gitarzystą i wynajmować sesyjnego, ale już bez pałkera to nie sposób. A Ray jest miły i sympatyczny, o wiele bardziej otwarty na fanów niż David kiedykolwiek, tylko trzeba dać mu szansę. Poza tym jest w tym samym wieku, co reszta chłopaków, właśnie skończył 39 lat w tym miesiącu, gra z KoRn'em już od trasy Untitled i jeśli chodzi o styl, to pasuje najbardziej ze wszystkich wypróbowanych dotąd perkusistów. Tak więc powitajmy Ray'a Luzier'a ciepło i życzmy mu w graniu z KoRn'em samych sukcesów.

Ten nowy etap w 16-letniej historii zespołu nazwałabym 'nową nadzieją', którą już delikatnie sugeruje old school'owa set lista z obecnej trasy w 2009 r. Według ostatnich wieści od Munky'a – płyta ma zostać wydana już w 2010 r., podczas gdy już po głowach panów z KoRn'a krąży 15 ciekawych pomysłów... pozostaje nam czekać i mieć nadzieję, że będzie tak dobrze, jak się zapowiada... mroczne dni są już za nami...



Nowy początek (sesje w studiu z Ross'em, plany tras)

Fani zwykli prosić JD aby również i KoRn'a nagrywającego w studiu można było oglądać na kamerkach...JD nic nie obiecywał, ale zgadnijcie co? Zoatsliśmy nagrodzenie honorem oglądania KoRn'a w studiu, cała płyta powstała na naszych oczach. Odpierwszej nuty, od pierwszego dzwięku perkusji (porządek nagrywania był następujący: perkusja, bass, gitara, wokale) po ostanie słowo, ostani krzyk, a krzyków, łez i uścisków było bardzo dużo.

KoRn zawsze ma coś dla swoich fanów, aby nas trzymac w ekscytacji, aby nas zatrzymać przy sobie, trasy wywiady..a teraz i kamerki, które zwykli trzymać właczone cały czas i wzorem kamerek JDSFA pozostawiać nam coś do oglądania, nirstety nie był to sławny Biff, za którym wszyscy tęsknią, a który powinien byc oficjalą maskotką KoRn'a. To było prawie jak Big Brother, widzieliśmy wszytsko, kto ile czasu spędza w studiu, kto zostaje najdłużej i co robi, mielismy nawet sesje 'po studiu'. Widzielismy czym zajmuja sie technicy perkusyjni i gitarowi KoRn'a, poznaliśmy Abela i Swineflu, gadaliśmy z Hamcamem, który jak się wydaje na dobre powrócił do drużyny KoRn'a. To był dobry okres, oglądalismy chłopaków, jak grali razem w malutkim studiu wynajdując brzmienie nowej płyty zwanej KoRn III (przez Rossa, dla którego jest to 3 płyta z tym zespołem). Potem ogladalismy jak nagrywaja po kolei Ray perkusję, Fieldy bass i Munky gitary robiąc prace za dwóch (gitara prowadząca i rytmiczna). Od razu można było zobaczyć i powiedzieć, że matriał jest ciężki i szybki, że KoRn powrócił z nową jakością. Wszyscy czekali jednak z niecierpliwościa na wokale, które były nagrywane jako ostanie, gdyz to styl ich nagrywania, zachwania wokalisty w trakcie tego procesu, moze wiele powiedzieć o tym jak ciężka i głeboka jest piosenka. I tu neispodzianka!! Fani KoRn'a byli zachwyceni!! Tak zachwyceni, co jest neizwykłe dla nich, gdyz fani KoRn'a przez większość czasu narzekaja dla samego narzekania. Ale tym razem widzieli wiele krzyku, łez i uścisków między chłopakami po niemal każdej piosence, co wydało się im wystarczająco emocjonalne dla publiki głodej gniewu i bólu. Teraz uwierzyli, że ich głód wreszcie zostanie zaspokojony. Nawet Deven pojawiła się raz w studiu iwyszła po nagraniu płacząc, co mówi samo za siebie. Ross jest popychaczem i popychał chłopaków bardzo mocno, nie wahając sie użyć żadnej amunicji, by dostac to, co chce, w końcu cel uświęca środki, czyż nie? A więc popychał chłopaków na emocjonalną i mentalna krawędź, do punktu, gdzie jesteś gotowy by skoczyć, lecz mimo to pozostajesz wraz ze swoim ciężarem i walczysz o powrót do świata żywych i szczęśliwych. Oto stary nowy KoRn, KoRn, który kochamy.

Była też karata piosenek, uzupełniana przez chłopaków w miarę postęu w nagrywaniu, podzielona była na małe kwadraty dla każdej piosenki, dla każdego członka zespołu, który po zakończeniu swojej części malował tam co chciał. Wyszło śmiesznie (możecie ja zobaczyć w dziale o 9 albumie). Dostawaliśmy też wiele updatów od Rossa zwanych ROSSISMAMI (rossism - termin uzywany przez fanów do określenia sposobu przekazywania informacji przez Rossa tak aby wiele powiedzieć nie mówiąc jednocześnei nic, przy użyciu wielu skrotów i nie używaniu samogłosek) wrzucanych na jego twittera lub facebook

Fani zaczęli sie wkrótce martwić, co będzie jak album będzie ukończony. Oglądanie stało sie uzależniające i trudno nam było życ bez streamów, ale dzięki Munk'owi dostaliśmy coś więcej, mogliśmy oglądac kamerki znaznie dłużej, gdyz wszedl on do studia po KoRn'ie ze swoim solowym projektem FATNS i nowym dla niego wokalistą Stevem Krolikowskim z the Repeater Band. Więc moglismy przetrwać nieco dłużej na kamerkowym haju zanim i on się skończył i kamerki wyłączono na dobre, choć i teraz czasem ktoś sie pojawia, gdy ma ochote by nas podraznić nadchodzącym materiałem lub pogadać. Munky'owi spodobało sie gadania na modlife, zaczął często pojawiac się i rozmawiac z fanami długo, o wszytskim i o niczym, choć czasem udzielał też ciekawych informacji na temat albumu, który ma sie ukazac a czerwcu i swojego projektu. Zobaczymy jak to będzie. Na razie KoRn planuje trasy - Mayhem fest (czerwiec-sierpień) i po Europie, zaraz potem by i europejskich fanów uszczęśliwic i promowac tam nowy materiał. Na razie KoRn gra w rożnych miejscach (Canada, Mexyk, Południowa Ameryka). Można powtórzyć więc za Rossem: ŻYCIE JEST WSPANIAŁE!!.


~gia

DISCLAIMER

Jest to historia napisana odautorsko przeze mnie i może nie być w 100% obiektywna, co do oceny pewnych osób i wydarzeń, każdy ma prawo do zajęcia własnego stanowiska względem powyższych.

~gia

KoRnCentral deftones polska

Logowanie

Rejestracja

*
*
*
*
*

* Wymagane